TRIGGER WARNING: W opowiadaniu pojawiają się motywy przemocy seksualnej. Nie czytaj, jeśli taka tematyka może pogorszyć Twój stan psychiczny. Potrzebujesz pomocy? Możesz zadzwonić na przykład na antyprzemocowy telefon zaufania SEXED.PL.
OGRANICZENIE WIEKOWE: Minimalny wiek osoby czytelniczej to 12 lat. W opowiadaniu pojawiają się lekkie przekleństwa, a także wspomniane powyżej wątki przemocy seksualnej. Jeśli nie masz pewności czy to opowiadanie jest dla Ciebie, zapytaj rodziców.
Rozdział 8 – Amerykańskie podejście
Konie lubią wiele rzeczy. Przede wszystkim jeść i być w stadzie. Do pozostałych topowych rozrywek należy robienie sobie krzywdy (o tym najlepiej wiedzą właściciele koni) oraz tarzanie się. Tarzanie ma wiele zalet. Pomaga zadbać o higienę, chroni przed owadami, zapewnia komfort termiczny. Takie SPA, tylko zupełnie za darmo. Konie też tarzają się często, gdy spocą się w trakcie jazdy i zaczyna je od tego swędzieć skóra. Niektórzy jeźdźcy im na to pozwalają, inni starają się tego za wszelką cenę uniknąć.
Ja lubię patrzeć na tarzające się konie. Wyglądają wtedy komicznie. Cztery patykowate nogi w górze, wielki bebech na widoku i wyraz pyska, który bynajmniej nie świadczy o inteligencji. Do tego wydają przy tym sapnięcia i kwęknięcia. Kiedy skończą, obracają się z powrotem brzuchem w dół, opierają na przednich nogach, podrywają w górę i otrzepują jak psy. Wokół nich wiruje piach i kurz.
Jeśli koń wytarza się w wyjątkowo sprzyjających warunkach, staje się tak zwanym koniem w panierce. To znaczy, że jego ciało pokrywa skorupa zaschniętego błota i wtartego piachu. Wykrusza się ona z czasem. Długim czasem.
Dlatego teraz szoruję Cukra i będę go szorować przez prawdopodobnie najbliższą godzinę. Moja umowa z Tichym ma jasne warunki. Na jazdy Cukier ma być czysty i kropka. Nie ma szybkiego czyszczenia pod siodłem i popręgiem.
Tichy siedzi na stołku i patrzy w telefon. Jego ręka leży na temblaku, ale gips zniknął.
– Muszę ci coś wyjaśnić. – odzywa się Tichy, podnosząc na mnie wzrok. – Nie zależy mi tylko na tym, żebyś jeździła na Cukrze. Mam dla niego inne plany.
– Jakie? – pytam zaniepokojona.
– Cukier to ogier huculski. Chciałbym, żeby w tym roku wziął udział w ścieżce huculskiej.
– Co to takiego? Jakieś zawody?
– Próba dzielności. Są przeszkody do pokonania. Skokowe i inne.
– Jak to dokładnie wygląda?
Tichy spogląda w telefon.
– Dość ekscytująco. To próba terenowa, ale najpierw konie są oceniane na płycie. Trzeba je zaprezentować z ziemi, prowadząc na wędzidle. Potem jest ścieżka. Dystans to około dwa kilometry. Po drodze są ustawione przeszkody. Na każdej przeszkodzie jest sędzia, który decyduje o tym czy przeszkoda została zaliczona, czy nie.
Rzeczywiście brzmi dość ekscytująco. Jednocześnie też niebezpiecznie. W terenie konie znacznie częściej się płoszą i ponoszą. Zwłaszcza, jeśli jadą same, bez innych koni.
– Jakie są te pozostałe przeszkody? Oprócz skokowych?
– Jest tego trochę. – Tichy drapie się po głowie. – Pamiętaj, że to nie są duże konie. To kuce. Trochę pewniejsze w terenie. Zwłaszcza ta rasa.
– Tak? – nie do końca wierzę w jego słowa.
– Z tego co wiem to tak. Na tle innych koni, hucuły są wyjątkowe.
Przyglądam się Cukrowi. Gniada baryłka z długimi, gęstymi włosami. Nie wygląda poważnie. Wygląda głupio. Teraz, kiedy skłamałam po to, żeby móc na nim jeździć, zupełnie przestał mi się podobać. To nie jest moja Fuksja. To kucyk dla dzieci. Hucuły są dobre do szkółek dla bachorów. Nie dla mnie.
Zabieram się za czyszczenie kopyt. Najgorsze zajęcie. Nikt go nie lubi, ale nie można go pomijać. Brudne kopyta to same problemy. Gnijąca strzałka albo mechaniczny uraz od głupiego kamienia, który został zawleczony z padoku.
– Co w nich wyjątkowego? – burczę pod nosem.
Tichy prawie podskakuje z miejsca. Jest na mnie zły za moją odzywkę?!
– Zapomniałbym! Masz skończone osiemnaście lat?
Dlaczego o to pyta? Czy jeśli odpowiem przecząco, będzie chciał zakończyć naszą współpracę? Przed chwilą marudziłam, ale w głowie. Przecież nie dałam nic po sobie poznać. Może Tichy dobrze czyta ludzi?
Odrzucam od siebie te myśli. Skłamałam rodzicom. To dostatecznie dużo jak na jedną Ninę Pliszkę.
– Jeszcze nie mam. Skończę w kwietniu. – przyznaję z rezygnacją.
– Kiedy w kwietniu?
Podaję mu dokładną datę. Tichy uśmiecha się.
– A to akurat na dwa dni przed ścieżką. Wiesz co to znaczy?! – wykrzykuje z radością. – Że twoi rodzice nie będą musieli ci podpisywać zgody na uczestnictwo. Jak dobrze! Nienawidzę papierów!
Zastygam z kopystką w dłoni. On chyba żartuje. Naprawdę martwił się tym, że będzie musiał pamiętać o dokumentach? Co za facet…
Ale tak. Oboje mamy szczęście. Zwłaszcza ja, bo nic się nie wyda.
Kurde.
Jak to się nie wyda? Jeśli mam startować w jakichkolwiek zawodach czy ścieżkach, to przecież będę musiała tam dojechać. Rodzice będą chcieli wiedzieć dokąd i z kim się wybieram. Do kwietnia jest jeszcze czas, pewnie zdołam coś wymyślić…
Kurde.
Wcale nie mam czasu.
– Poczekaj. Ścieżka jest… w drugi weekend kwietnia? – upewniam się.
– Tak, w sobotę.
Czyli wtedy, kiedy moja osiemnastka w Pako Czako. To wszystko zmienia.
– W takim razie nie będę mogła wziąć udziału.
– Sakra! Nie mów, że masz wtedy osiemnastkę? – patrzy na mnie z wyrzutem.
– Dobrze, nie powiem. Ale mam.
Zapada niezręczna cisza. Czeszę grzywę Cukra, jednocześnie zerkając co jakiś czas na Tichego. To stresujące, kiedy zazwyczaj rozmowna osoba, przestaje się nagle odzywać.
Włosy Cukra są splątane i mają kołtuny w kilku miejscach. Dzisiaj na pewno wrócę do domu trochę później niż planowałam. Mam ochotę wyciągnąć telefon, żeby napisać rodzicom szybkiego SMSa i odwrócić swoją uwagę od tej nieznośniej ciszy. Powstrzymuję się.
– Nina – odzywa się wreszcie Tichy. – Sory, ale… Szukam kogoś, kto pojedzie z Cukrem ścieżkę. Ten koń nie akceptuje wielu osób. Nie jest niebezpieczny, każdy może na nim pojechać i zrobić ten przejazd. Ale ja chcę, żeby wypadł jak najlepiej. I czuł się przy tym jak najlepiej. Jeżeli już teraz masz inne priorytety, to przykro mi. Nie chcę takiej współpracy.
Czuję, jak krew odpływa mi z twarzy.
– Przepraszam. – kontynuuje Tichy. – Z naszej ostatniej rozmowy wywnioskowałem, że bardzo zależy ci na tych treningach, bo nie masz teraz możliwości opłacać własnych. Także sądziłem, że każde z nas korzysta. A ty chyba nawet bardziej.
Czy on mnie odrzuca? Ale jak to?! Przecież doskonale jeżdżę! Mam za sobą szereg udokumentowanych sukcesów! Nienaganną opinię w stajni! Tichy sam pozytywnie ocenił moją pierwszą jazdę! Czy on… Czy on próbuje mnie teraz zmanipulować tak, jak się obawiałam? Może to wszystko było jednym wielkim błędem?!
Nie. Zmanipulować raczej nie. W końcu ta sytuacja z Pako Czako to zupełny przypadek. Chociaż… Mógł sprawdzić datę moich urodzin na socialach. I zmyślić datę ścieżki. Albo nie tyle zmyślić, co poszukać takiej, która by mu akurat pasowała. Tak. To jest możliwe.
Paranoiczne myślenie. Wiem. Jak sprzątam w pokoju (rodzice wynajmują pomoc do ogarniania mieszkania, ale ja nie lubię, kiedy ktoś rusza mi moje rzeczy), to słucham podcastów kryminalnych. Oto efekt.
Strach nie jest najgorszy. Najgorsze jest poczucie odtrącenia. Do niedawna szczyciłam się moimi umiejętnościami jeździeckimi. Jeśli ktoś jest w stanie zrezygnować ze mnie w ciągu kilku sekund… Może wcale nie jestem taka dobra, jak mi się wydawało?
– Przepraszam na chwilę. Zaraz wrócę. M-muszę skoczyć do łazienki.
Przecież nie będę przy nim płakać.
* * *
Tym razem znajduję sobie lepsze miejsce do szlochania. Na terenie ośrodka jest główny budynek stajni, która ma bezpośrednie połączenie z halą. Oprócz tego w pewnej odległości stoją jeszcze inne, mniejsze budynki. Jednym z nich jest schowek na paszę. Żeby do niego wejść, trzeba wziąć klucz z pokoju socjalnego. Do schowka rzadko kiedy ktoś przychodzi, więc będę mieć spokój.
Powietrze wewnątrz jest przesycone typowo paszowymi zapachami. Dominujący jest czosnek. Potem burak i dopiero cała reszta. Niekońscy ludzie różnie reagują na taki miks. Niektórzy mówią, że pachnie ładnie, wręcz ziołowo. Innych zatyka.
Zamykam na sobą drzwi. Robię sobie krótką sesję cichego płaczu. Wydmuchuję nos i przecieram oczy. Na chwilę zapalam światło, żeby zobaczyć paszowe nowości. Każdy worek ma na sobie naklejony szeroki kawałek brązowej taśmy z czarnym podpisem, żeby przypadkiem pasze się nie pomieszały. Widzę, że Fuksja ma jeszcze trzy worki. Teoretycznie mogłabym je odebrać, bo należą do mnie. No ale niby po co? Niech nadal ją tym karmią, póki się nie skończy.
Oddycham głęboko, gaszę światło i wychodzę.
I wpadam na Alexa.
Tego Alexa. Wysokiego, przystojnego i aktualnie opiekującego się koniem swojej dziewczyny Alexa. Alexa, za którym wszyscy odwracają wzrok, bo nie mogą uwierzyć w to, co właśnie zobaczyli.
Pomimo tego, że jest on chłopakiem Ani Thomson, jeszcze nigdy nie zamieniłam z nim słowa. Kiedy jest z nią w stajni, widzi tylko ją. Swoją drogą ciekawe jak to się stało, że takie bezdyskusyjne ciastko jak Alex, związało się akurat z Anią.
Nie żeby z Anią było coś nie tak!
Zwyczajnie. On jest jak chodząca reklama nowych perfum dla mężczyzn. A Ania niewiele różni się ode mnie. To koniara. Czasem pójdzie do kosmetyczki, czasem zapomni się w ogóle umalować. Raz zrobi sobie paznokcie za kilka stów, raz przyjdzie z takimi, na których widać resztki w pośpiechu usuwanego lakieru. Może pachnieć jak róża albo jak końskie gówno.
Ciosany Alex w swoich markowych sweterkach i dżinsach, w butach (za każdym razem innych) za pół wypłaty przeciętnego Polaka, trochę do Ani nie pasuje. Istnieją kobiety, które przychodzą na swoje jazdy w najdroższym sprzęcie, zawsze idealnie czystym, bez żadnego zabrudzenia. Nie robią nic przy koniach. Powożą tyłek przez godzinkę i wracają do swojego beżowego świata. Ktoś taki zdecydowanie bardziej ma vibe Alexa.
– O cześć! – witam go.
– Oh, hello! Ty jesteś koleżanką Ani? – uśmiecha się do mnie równym rzędem białych zębów.
– Tak, to ja, Nina. Ania mówiła mi, że będziesz się zajmował jej koniem, dopóki nie wróci.
– Oh, I try! Właśnie idę po paszę dla niego.
– Żeby wejść do schowka, musisz mieć kluczyk. – podaję mu go. – Trzeba go potem odwiesić w socjalnym.
– Good to know, thanks! See you around, Nina.
Ale tej Ani się trafiło. Szkoda, że Tichy nie jest taki wesoły i uśmiechnięty przez cały czas. Alex jest ze Stanów i reprezentuje sobą typowo amerykańskie podejście do życia. To znaczy… Tak mi się wydaje. Jest jedynym Amerykaninem, jakiego w życiu spotkałam.
Może właśnie tego mi brakuje. W sensie jego podejścia?
Wracam do Tichego. Mamy do pogadania.
